Narodzona z pasji do kulinarnego dalekiego wschodu gdzie umiłowanie sztuki podania potrawy jest równie ważne jak i jej smak, świeżość - odznacza się niezwykłym piętnem, jakże odmiennym od innych miejsc w których sushi jest jedynie produktem i punktem wyjściowym do biznesu, a nie sztuką.
Położona przy placu Wolnica w Krakowie - stanowi jej centrum i nutkę orientalnej tajemniczości. Góra Horai to starożytna kraina szczęśliwości. Rośnie tam złote drzewo ze srebrnymi korzeniami. A restauracja Horai to kraina smakowitości. Gotują tam kucharze kochający swój fach. Podczas gdy większość działających w Polsce skośnookich kucharzy we własnym kraju wykonywała całkiem inne zawody i nie miała okazji nawet stanąć przy garnkach, szefowie z restauracji Horai przez wiele lat terminowali w restauracjach Chin czy Tajlandii i mają ortodoksyjne podejście do patelni.
Oryginalna formuła tego miejsca polega na tym, że w jednym lokalu łączy trzy - w każdej z sal podaje się potrawy przyrządzane przez innych kucharzy, każda ma inny wystrój i jadłospis: pierwsza japoński, druga tajski, trzecia chiński.
W pierwszej sali jada się przede wszystkim sushi i sashimi, czyli japońskie smakołyki z surowych owoców morza. W Warszawie "suszarni" jest sporo, w Krakowie to drugi taki przybytek z prawdziwego zdarzenia, ale znajdziecie tu specjały, których próżno szukać gdzie indziej. Można tu zjeść np. cudownie delikatne uni, czyli gonady podmorskich szkarłupni, zwanych też jeżowcami, albo zieloną ikrę ryb latających. W drugiej sali dominuje kwiecistoimbirowa woń galangalu, jednej z ulubionych przypraw kuchni Tajów. Tu wybór jest bardzo trudny, gdyż kusi mnóstwo pyszności. Są znakomite tajskie zupy na mleku kokosowym i cytrynowej trawie, palące podniebienie mięsa w zielonym lub czerwonym curry, klasyczne Pad Thai, czyli ryżowy makaron smażony z mięsem. Amatorom ryb polecam genialnego halibuta z przegrzebkami w sosie limonkowo-imbirowym - duże przeżycie. Warto też popróbować genialnego sosu orzechowego, który podaje się tu do oryginalnych szaszłyczków satay, a także do chrupiących chipsów krewetkowych.
Na końcu restauracyjnej amfilady znajduje się sala bodaj najważniejsza. Tu krótkie, lecz treściwe menu poświęcone jest w całości potrawom z kantońskiego grilla. Ta szlachetna chińska technika obróbki mięsa, które z zewnątrz się piecze, a od środka jednocześnie gotuje, stanowi novum w polskiej gastronomii. Zapewniam, że smak i konsystencja podawanej tu kaczki przewyższają wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia z potrawami z tego ptaka. A wypada też skosztować kapitalnych żeberek i odjazdowego boczku.
Wizyta tu to także okazja do degustacji egzotycznych alkoholi. Jest kilka rodzajów arcyciekawej chińskiej wódki, kilka odmian japońskiej sake, wino śliwkowe i z owoców liczi, chińskie, tajskie i japońskie piwa.
Fragment artykułu Piotra Bikonta, który pojawił się w Newsweeku 20 kwietnia 2006 (Numer 16/06, strona 96)